Fascynuje mnie idea wytwarzania własnego jedzenia w mieście — mówi Jodie Baltazar, amerykańska artystka. W Warszawie sadzi warzywa pod blokiem, przy torach. I produkuje własną ziemię
Chłodny sobotni poranek. Jodie Baltazar układa w swojej przyczepce do roweru liście kalafiora, kapusty, żółtą fasolkę szparagową. Ale nie są to warzywa na ratatuja. To odpadki organiczne — na kompost.
Jodie dostała je od handlarzy z zieleniaka przy Hali Banacha. Chciałaby co sobotę ustawiać na targowisku swój pojemnik i odbierać warzywne “śmieci”, czyli to, co się nie sprzeda. Co godzinę zieleniak produkuje 120 litrów takich odpadków. Na razie Jodie testuje swój pomysł — musi poprosić w administracji o pozwolenie na zabieranie śmieci. — Trochę się boję, bo z doświadczenia wiem, że w Polsce słowo “pozwolenie” to często synonim słowa “nie” — martwi się.
Jodie to amerykańska artystka, przyjechała do Warszawy ponad dwa lata temu ze swoim mężem Polakiem. I od razu zaczęła szukać miejsc, w których mogłaby uprawiać warzywa. — Od lat fascynuje mnie idea własnoręcznego wytwarzania jedzenia w mieście — mówi. — W Los Angeles, gdzie mieszkałam, są ogrody między domami i można je uprawiać. WWarszawie czułam się bez tego zdesperowana. (…)
Tekst napisany przez Magdalenę Dubrowską, podpatrzony z Gazeta.pl, całość tutaj.
Codzienna kąpiel, mycie naczyń czy zwykłe pranie narażają nas na kontakt z ponad 20 chemikaliami, które mogą zagrażać zdrowiu. Zawierają je też środki czystości określane jako “wolne od chemii”
Z ilu preparatów dziennie korzystamy, żeby pielęgnować ciało i dbać o dom? Rano pasta do zębów, żel pod prysznic, szampon i odżywka, tonik do twarzy lub pianka do golenia, krem, dezodorant. I dalej: mydło do rąk, odświeżacze powietrza, proszek do prania, płyn do mycia podłogi, środek do czyszczenia glazury, fug i do toalety. Wieczorem znów pasta, żel do kąpieli, krem itd.
Chcemy żyć czysto i przyjemnie. Mało kto się przejmuje tym, że przy okazji nasze ciało wchodzi w kontakt z co najmniej 20 substancjami potencjalnie zagrażającymi zdrowiu — różnymi parabenami, ftalanami, bifenylami.
Na ich temat toczy się jednak na świecie coraz bardziej burzliwa dyskusja — trwa spór o to, czy i jak nam szkodzą. Ich stężenia w środowisku są za niskie — argumentują sceptycy. Ale za to są one wszędzie — odpowiadają zaniepokojeni naukowcy. Bo coraz więcej wskazuje na to, że ta ogromna ilość związków chemicznych trafiających do środowiska zaburza pracę ludzkiego układu hormonalnego.
W ubiegłym roku osiem organizacji zajmujących się zdrowiem — zrzeszające m.in. ginekologów, genetyków, endokrynologów — wystosowało na łamach tygodnika “Science” apel o jak najszybsze wprowadzenie regulacji prawnych, które utrzymałyby w ryzach to chemiczne zanieczyszczenie.
Bezpośrednie kontakty rolnika i konsumenta to alternatywa do robienia zakupów w sklepach i hipermarketach.
W przypadku żywności dostępnej w hipermarketach, często mamy do czynienia z warzywami i owocami sprowadzanymi z poza Polski, natomiast krajowe produkty rolne pochodzą przeważnie od największych i najtańszych dostawców w kraju. Podstawowym czynnikiem decydującym o atrakcyjności produktu w sklepach wielkopowierzchniowych jest cena. Na niską cenę mogą sobie pozwolić tylko więksi dostawcy, którzy nie stronią od agrochemii. Dodatkowo wypierają z rynku małych rolników, którzy nie są w stanie obniżyć ceny swoich warzyw i owoców.
Paczka od rolnika to…
Źródło: www.ekonsument.pl, całość tutaj.
Większość osób propozycję ograniczenia posiadanych rzeczy do 100 przyjmuje zmarszczeniem brwi lub chwilą zastanowienia.
Rzecz ma się całkowicie odmiennie w przypadku skrajnych minimalistów. Ich celem jest ograniczenie liczby posiadanych przedmiotów do magicznej liczby stu. Filozofia, jaka się za tym kryje? Przesunięcie akcentu z „ile” na „jak”, z pędu gromadzenia rzeczy do refleksji nad życiem. Brzmi trochę jak slow movement? Minimalizm w łagodniejszej wersji w swoich założeniach bardzo przypomina ruch spowolnienia.
Natłok wszechobecnych informacji, konieczność „bycia ciągle na bieżąco”, uleganie konsumpcjonizmowi utrudniają osiągnięcie wewnętrznego spokoju. W wolnym czasie najczęściej biegniemy do centrum handlowego, spędzamy czas w portalach społecznościowych, Internet zastępuje nam książki, szybkie jedzenie przygotowanie czasowo wymagających posiłków. I nie ma w takim życiu nic niewłaściwego, o ile potrafimy utrzymywać odpowiedni balans. Właśnie: balans. Jak na linie. Wymaga to ciągłej uwagi. I umiejętności linoskoczka.
Minimalizm zakłada ograniczenie liczby posiadanych przedmiotów, ograniczenie niepotrzebnych bodźców absorbujących czas, którego i tak mamy zbyt mało.
Słyszeliście o zasadzie Pareto? Za Wikipedią „zasada opisująca wiele zjawisk, w których 20% badanych obiektów związanych jest z 80% pewnych zasobów.”
Dość często przywoływana w minimalizmie, doskonale obrazuje niektóre zjawiska: to, że przez większość czasu nosimy tylko 20% posiadanych przez nas ubrań, korzystamy tylko z 20% naczyń, przeczytaliśmy tylko 20% posiadanych w domu książek, tylko 20% naszych działań przynosi nam największy zysk. Moje ulubione: „20% powierzchni dywanu przypada na 80% zużycia” (Wikipedia).
Jeśli zawierzyć liczbom, racjonalne ograniczenie rzeczy i przyjrzenie się schematom naszych działań zaprowadzi nas prosto do wrót minimalizmu. Hmm, tylko gdzie podziejemy wszystkie sztućce, książki, kosmetyki i ubrania?
Keczup z dzikiej róży, zupa z jasnoty, placki z pokrzywy, curry z żółciaka i wyki, czyli obiad z tego, co znajdziesz w lesie i na łące.
Podagrycznik, wrotycz, żywokost, ostrożeń — słyszę te nazwy po raz pierwszy i chociaż rośliny znam z widzenia, dotąd stanowiły zielone tło, bezimienną mieszaninę chwastów. Teraz chodzę po łące z innymi amatorami korzonków i zbieram obiad. Uczestniczę w ‘Warsztacie dzikiego gotowania’ doktora biologii Łukasza Łuczaja, ekologa i etnobotanika. Uprawianie ogrodu warzywnego Łukasz uważa za zbyt pracochłonne, woli wypełniać garnki tym, co rośnie spontanicznie i obficie na przychaciu i przydrożu. Pochyla się nad rośliną, wymienia nazwę w kilku językach i przytacza historyczne źródła, w których było opisane jej kulinarne zastosowanie. — Zbierajcie tylko młode liście — poucza nas. — Ważniejsze niż sam gatunek jest wybieranie roślin w perfekcyjnej spożywczej kondycji.
(…)
Więcej tutaj.
Źródło tekstu i zdjęcia: Wysokie Obcasy, autorka: Agnieszka Kręglicka, fotografia: Piotr Petryka

