Przejdź do zawartości

” Ogródkowa pasjonatka: szuka kompostu na bazarkach”

2012 / 08 / 15
Autor: A.neT
  Jodie Baltazar (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)Fascynuje mnie idea wyt­warza­nia włas­nego jedzenia w mieś­cie — mówi Jodie Baltazar, amerykańska artys­tka. W Warszawie sadzi warzywa pod blok­iem, przy torach. I pro­dukuje własną ziemię

Chłodny sobotni poranek. Jodie Baltazar układa w swo­jej przy­czepce do roweru liś­cie kalafiora, kapusty, żółtą fasolkę szparagową. Ale nie są to warzywa na ratatuja. To odpadki organ­iczne — na kompost.

Jodie dostała je od hand­larzy z zie­le­ni­aka przy Hali Banacha. Chciałaby co sobotę ustaw­iać na tar­gowisku swój pojem­nik i odbierać warzy­wne “śmieci”, czyli to, co się nie sprzeda. Co godz­inę zie­le­niak pro­dukuje 120 litrów takich odpad­ków. Na razie Jodie tes­tuje swój pomysł — musi poprosić w admin­is­tracji o poz­wole­nie na zabieranie śmieci. — Trochę się boję, bo z doświad­czenia wiem, że w Polsce słowo “poz­wole­nie” to często syn­onim słowa “nie” — martwi się.

Jodie to amerykańska artys­tka, przy­jechała do Warszawy ponad dwa lata temu ze swoim mężem Polakiem. I od razu zaczęła szukać miejsc, w których mogłaby upraw­iać warzywa. — Od lat fas­cynuje mnie idea włas­noręcznego wyt­warza­nia jedzenia w mieś­cie — mówi. — W Los Angeles, gdzie mieszkałam, są ogrody między domami i można je upraw­iać. WWarszawie czułam się bez tego zdesperowana. (…)

Tekst napisany przez Magdalenę Dubrowską, pod­pa­tr­zony z Gazeta.pl, całość tutaj.

Share

Szampon, płyn do podłogi, plastikowy kubek: co nas truje”

2012 / 05 / 30
Autor: A.neT

Codzienna kąpiel, mycie naczyń czy zwykłe pranie narażają nas na kon­takt z ponad 20 chemikaliami, które mogą zagrażać zdrowiu. Zawierają je też środki czys­tości określane jako “wolne od chemii”

Z ilu preparatów dzi­en­nie korzys­tamy, żeby pielęg­nować ciało i dbać o dom? Rano pasta do zębów, żel pod prysznic, szam­pon i odży­wka, tonik do twarzy lub pianka do gole­nia, krem, dezodor­ant. I dalej: mydło do rąk, odświeżacze powi­etrza, proszek do pra­nia, płyn do mycia podłogi, środek do czyszczenia glazury, fug i do toalety. Wieczorem znów pasta, żel do kąpieli, krem itd.

Chcemy żyć czysto i przy­jem­nie. Mało kto się prze­j­muje tym, że przy okazji nasze ciało wchodzi w kon­takt z co najm­niej 20 sub­stanc­jami potenc­jal­nie zagraża­ją­cymi zdrowiu — różnymi parabenami, fta­lanami, bifenylami.

Na ich temat toczy się jed­nak na świecie coraz bardziej bur­zliwa dyskusja — trwa spór o to, czy i jak nam szkodzą. Ich stęże­nia w środowisku są za niskie — argu­men­tują scep­tycy. Ale za to są one wszędzie — odpowiadają zaniepoko­jeni naukowcy. Bo coraz więcej wskazuje na to, że ta ogromna ilość związków chemicznych trafi­a­ją­cych do środowiska zaburza pracę ludzkiego układu hormonalnego.

W ubiegłym roku osiem orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cych się zdrowiem — zrzesza­jące m.in. ginekologów, gene­tyków, endokrynologów — wys­tosowało na łamach tygod­nika “Science” apel o jak najszyb­sze wprowadze­nie reg­u­lacji prawnych, które utrzy­małyby w ryzach to chemiczne zanieczyszczenie.

Źródło: Gazeta.pl
Autorka: Margit Kossobudzka
Czytaj dalej…
Share

Kupuj żywność bezpośrednio od rolnika”

2012 / 03 / 23
Autor: A.neT

Bezpośrednie kon­takty rol­nika i kon­sumenta to alter­natywa do robi­enia zakupów w sklepach i hipermarketach.

W przy­padku żywności dostęp­nej w hiper­mar­ke­tach, często mamy do czynienia z warzy­wami i owocami sprowadzanymi z poza Polski, nato­mi­ast kra­jowe pro­dukty rolne pochodzą prze­ważnie od najwięk­szych i naj­tańszych dostaw­ców w kraju. Podstawowym czyn­nikiem decy­du­ją­cym o atrak­cyjności pro­duktu w sklepach wielkopowierzch­niowych jest cena. Na niską cenę mogą sobie poz­wolić tylko więksi dostawcy, którzy nie stronią od agro­chemii. Dodatkowo wyp­ier­ają z rynku małych rol­ników, którzy nie są w stanie obniżyć ceny swoich warzyw i owoców.

Paczka od rol­nika to…

Źródło: www.ekonsument.pl, całość tutaj.

Share

Stojąc u minimalizmu wrót

2012 / 01 / 25
Autor: A.neT

Większość osób propozy­cję ograniczenia posi­adanych rzeczy do 100 przyj­muje zmarszcze­niem brwi lub chwilą zastanowienia.

Rzecz ma się całkowicie odmi­en­nie w przy­padku skra­jnych min­i­mal­istów. Ich celem jest ogranicze­nie liczby posi­adanych przed­miotów do mag­icznej liczby stu. Filozofia, jaka się za tym kryje? Przesunięcie akcentu z „ile” na „jak”, z pędu gro­madzenia rzeczy do reflek­sji nad życiem. Brzmi trochę jak slow move­ment? Minimalizm w łagod­niejszej wer­sji w swoich założe­ni­ach bardzo przy­pom­ina ruch spowolnienia.

Natłok wsze­chobec­nych infor­ma­cji, konieczność „bycia cią­gle na bieżąco”, ule­ganie kon­sumpcjoniz­mowi utrud­ni­ają osiąg­nię­cie wewnętrznego spokoju. W wol­nym cza­sie najczęś­ciej bieg­niemy do cen­trum hand­lowego, spędzamy czas w por­ta­lach społecznoś­ciowych, Internet zastępuje nam książki, szy­bkie jedze­nie przy­go­towanie cza­sowo wyma­ga­ją­cych posiłków. I nie ma w takim życiu nic niewłaś­ci­wego, o ile potrafimy utrzymy­wać odpowiedni bal­ans.  Właśnie: bal­ans. Jak na linie. Wymaga to ciągłej uwagi. I umiejęt­ności linoskoczka.
Minimalizm zakłada ogranicze­nie liczby posi­adanych przed­miotów, ogranicze­nie niepotrzeb­nych bodźców absorbu­ją­cych czas, którego i tak mamy zbyt mało.

Słyszeliście o zasadzie Pareto? Za Wikipedią „zasada opisu­jąca wiele zjawisk, w których 20% badanych obiek­tów związanych jest z 80% pewnych zasobów.”

Dość często przy­woły­wana w min­i­mal­izmie, doskonale obrazuje niek­tóre zjawiska: to, że przez więk­szość czasu nosimy tylko 20% posi­adanych przez nas ubrań, korzys­tamy tylko z 20% naczyń, przeczy­tal­iśmy tylko 20% posi­adanych w domu książek, tylko 20% naszych dzi­ałań przynosi nam najwięk­szy zysk.  Moje ulu­bione: „20% powierzchni dywanu przy­pada na 80% zuży­cia” (Wikipedia).

Jeśli zaw­ierzyć liczbom, racjon­alne ogranicze­nie rzeczy i przyjrze­nie się schematom naszych dzi­ałań zaprowadzi nas prosto do wrót min­i­mal­izmu. Hmm, tylko gdzie podziejemy wszys­tkie sztućce, książki, kos­me­tyki i ubrania?

Share

Artykuł który mnie zainspirował: “Frytki z czyśćca”.

2011 / 10 / 04
Autor: A.neT

Keczup z dzikiej róży, zupa z jas­noty, placki z pokrzywy, curry z żółciaka i wyki, czyli obiad z tego, co zna­jdziesz w lesie i na łące.

Podagrycznik, wrotycz, żywokost, ostrożeń — słyszę te nazwy po raz pier­wszy i cho­ciaż rośliny znam z widzenia, dotąd stanow­iły zielone tło, bez­imi­enną mieszan­inę chwastów. Teraz chodzę po łące z innymi ama­torami kor­zonków i zbieram obiad. Uczestniczę w ‘Warsztacie dzikiego gotowa­nia’ dok­tora biologii Łukasza Łuczaja, ekologa i etnob­otanika. Uprawianie ogrodu warzy­wnego Łukasz uważa za zbyt pra­cochłonne, woli wypeł­niać gar­nki tym, co rośnie spon­tan­icznie i obfi­cie na przy­chaciu i przy­drożu. Pochyla się nad rośliną, wymienia nazwę w kilku językach i przy­tacza his­to­ryczne źródła, w których było opisane jej kuli­narne zas­tosowanie. — Zbierajcie tylko młode liś­cie — poucza nas. — Ważniejsze niż sam gatunek jest wybieranie roślin w per­fek­cyjnej spoży­w­czej kondycji.

(…)

Więcej tutaj.

Źródło tek­stu i zdję­cia: Wysokie Obcasy, autorka: Agnieszka Kręglicka, fotografia: Piotr Petryka

Share